To nie była żadna gra, tylko zwyczajne życie

Z Danutą Piotrowską rozmawia Weronika Górska
Weronika Górska: Seria opracowanych przez Ciebie albumów „Tadeusz Piotrowski. In Memoriam”, poświęconych Twojemu zmarłemu mężowi, zawiera nie tylko zdjęcia z jego wypraw, ale przede wszystkim teksty – zarówno te, które publikował za życia, jak też jego osobiste notatki i listy, które dopiero teraz ukazują się w druku. Kiedy wpadłaś na pomysł upamiętnienia w ten sposób Tadeusza i w jaki sposób zrodziła się właśnie taka wizja serii?
Danuta Piotrowska: To nie było nagłe olśnienie, raczej stopniowy proces. Przed kilku laty Janusz Kurczab, który właśnie pracował nad stworzeniem serii „Polskie Himalaje”, poprosił mnie o kilka unikatowych zdjęć z archiwalnej kolekcji wypraw, takich, których nie posiadał nikt inny, m.in. z wyprawy na Api, Jazghil Dome i Distaghil Sar East albo wykonanych w szczególnych warunkach, np. na Noszaku lub K2. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy mój mąż wracał z wypraw, wspólnie opracowywaliśmy zgromadzony przez niego materiał fotograficzny.
W ten sposób poniekąd dzieliłam jego pasję, współuczestniczyłam w tym, co było dla niego tak bardzo ważne, a co również mnie interesowało. Jednak przez trzydzieści lat, które upłynęły od śmierci Tadeusza, oblicze fotografii ogromnie się zmieniło, a ja, zajęta innymi życiowymi problemami, za tymi zmianami nie nadążyłam. Zatem musiałam nauczyć się nowego warsztatu. Kupiłam skaner i kilka podręczników edycji zdjęć, po czym poddałam analogowe fotografie Tadeusza digitalizacji, czyszczeniu i photoshopowej korekcie. Moim pierwszym, niezwykle cierpliwym i wyrozumiałym mentorem został Bogdan Jankowski, który w licznych mailach inspirował, podpowiadał i doradzał, jak powinnam wykonać tę pracę. Bardzo wiele nauczyłam się też na własnych błędach. W 2011 roku w Książnicy Pomorskiej została zorganizowana duża wystawa fotograficzna „Tadeusz Piotrowski. In Memoriam”. Niestety, po kilku ekspozycjach wylądowała za szafą, gdzie spokojnie dokonuje żywota. Uświadomiłam sobie wtedy, że wystawa fotograficzna trwa jedynie tak długo, jak jej prezentacja, a książka jest ponadczasowa. Dlatego narodził się pomysł zachowania materiałów archiwalnych, które pozostały po moim mężu, w serii książek pod wspólnym tytułem „Tadeusz Piotrowski. In Memoriam”. Realizacja tego marzenia kosztuje mnie wiele czasu i pracy, ale uzależnia jak narkotyk, a zamiast chwilowej ekstazy oferuje długotrwałe wydzielanie hormonów szczęścia. To ogromna satysfakcja, zachowywać dla przyszłych pokoleń, a przede wszystkim dla moich własnych córek i wnuków, materiały mówiące o tym, kim był Tadeusz, co robił, w jaki sposób zapisał się na kartach polskiego alpinizmu i himalaizmu. To, co pozostanie po jego zbyt wcześnie zakończonym i moim znacznie dłuższym życiu, to nasza krew i nasza krwawica – czyli dzieci i książki. Ta myśl dodaje mi sił oraz motywacji do żmudnego i uciążliwego ślęczenia przy komputerze, wbrew mojej ruchliwej naturze.
W.G.: Seria liczy już trzy tomy: K2. 1986, Lhotse. 1974, Nanga Parbat. 1982. Dlaczego zdecydowałaś się na taką, a nie inną kolejność? Jakich książek możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości i ile łącznie ich planujesz?
D.P.: Nie miałam i nadal nie mam żadnego planu odnośnie kolejności wydawanych książek. Pierwsza, o K2, powstała spontanicznie, w oparciu o najświeższe i najboleśniejsze doświadczenie – śmierć Tadeusza. Druga, o Lhotse, to reakcja na wciąż raniące mnie wspomnienia, dotyczące oskarżenia Tadeusza o śmierć towarzysza wyprawy, Stanisława Latałło. W albumie tym nie artykułuję własnej opinii na ten temat, pragnąc uniknąć zarzutu, że jako żona Tadeusza, osoba nie uczestnicząca w tamtych wydarzeniach i w dodatku nie wspinająca się, nie jestem zdolna do obiektywnego sądu. Dołączam jedynie dokumenty, na
podstawie których czytelnik sam może wyrobić sobie zdanie. Następne albumy, już wydana „Nanga Parbat. 1982” oraz „Nanga Parbat.1985”, nad którą właśnie pracuję, dotyczą atakowania tej samej góry, ale podczas różnych wypraw (niemieckiej i polsko-meksykańskiej), mających odmienne zakończenia. Pierwszy tom stanowi reprint wydanej w 1990 roku książki Tadeusza „Naga góra – Nanga Parbat”. Towarzyszy mu jednak inny materiał fotograficzny, bowiem wielu wykorzystanych w pierwszym wydaniu zdjęć nie udało mi się odzyskać z nieistniejącego już wydawnictwa Sport i Turystyka. Drugi tom dotyczący
Nangi Parbat będzie mieć wielu autorów, bo postanowiłam dać szansę pokazania tych samych wydarzeń przez pryzmat różnych spojrzeń, co może okazać się interesujące. Później chciałabym opracować przygotować materiał mówiący o norweskich wyprawach Tadeusza.
W.G.: W opracowywaniu materiału pomagają Ci Małgorzata i Jan Kiełkowscy. Na czym konkretnie polega ich wsparcie dla Twojego projektu?
D.P.: Małgorzata i Jan Kiełkowski to wspaniali ludzie, prawdziwi pasjonaci, którzy oddali całe życie górom. Kiedyś razem wspinali się w Tatrach i innych górach świata, obecnie są bibliofilami oraz kolekcjonerami literatury górskiej, współtworzą przewodniki i monografie, między innymi Wielką Encyklopedię Gór i Alpinizmu. Jan jest geologiem i kartografem, Małgorzata redaktorką i tłumaczką. Jan kiedyś wspinał się z moim mężem, lecz nie miałam okazji poznać go za życia Tadeusza. Stało się to dopiero kilka lat temu, za pośrednictwem Janusza Majera. Prawda jest taka, że gdyby nie internetowy kontakt z Małgorzatą i Janem Kielkowskimi (na stałe mieszkają w Niemczech), gdyby nie możliwość kontaktowania się z nimi poprzez maile i Skype’a oraz przesyłania materiałów za pomocą WeTransfera, nie miałabym odwagi publikowania moich albumów. Góra nie nazwana, nie umiejscowiona na mapie, to tylko anonimowa kupa kamieni, chociażby najpiękniejszych. To Jan zidentyfikował góry znajdujące się na zdjęciach w moich książkach, dodał do każdej z nich niezbędne informacje, pokazał ich historię, tożsamość. Wiedza oraz duchowe wsparcie Małgorzaty również okazały się niezbędne. Oboje stanowią dla mnie nieocenione, bardzo profesjonalne i pełne zaangażowania wsparcie merytoryczne.
W.G.: Czy lepiej być z herosem, który robi fascynujące rzeczy, ale często nie ma go w domu i może zginąć przez swoją piękną pasję, czy ze “zwyczajnym” mężczyzną?
D.P.: Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Różni ludzie mają różne preferencje. Chcę jednak zaznaczyć, że ani Tadeusz nie postrzegał czy nie kreował się na herosa, ani ja nie patrzyłam na niego w takich kategoriach. Owszem, jego pasja dodawała mu uroku. Nie tylko dlatego, że robił rzeczy ambitne i niebezpieczne, wymagające wielkiej odwagi, wytrwałości i siły woli, ale także dlatego, że o owych czasach, gdy Polska znajdowała się za żelazna kurtyną, rzadko kto miał możliwość podróżowania. Nawet wyjazd w słowackie Tatry wymagał specjalnego pozwolenia. Tadeusz przywoził ze swoich wypraw niesamowite opowieści i zdjęcia, pokazujące zarówno, jak żyje się na Zachodzie, na przykład w krajach alpejskich czy w Norwegii, ale również na Wschodzie, w Azji. Na jego prelekcje przychodziło mnóstwo ludzi, których interesowały nie tylko same góry, ale również ten inny, nieznany świat. Jak już wspominałam, wspólnie opracowywaliśmy zgromadzony przez niego materiał fotograficzny, to nas łączyło. Później, w latach osiemdziesiątych, Tadeusz zabierał mnie też czasami na trekkingi, wyprawy rekonesansowe do Azji. Nigdy nie pociągała mnie wspinaczka, ale turystyka górska owszem, bardzo. Kochałam i nadal kocham polskie góry. Akceptowałam jego pasję, mimo związanych z nią niebezpieczeństw. Gdyby tak nie było, gdybym robiła mu sceny zazdrości o góry albo nieustannie się zamartwiała, nie moglibyśmy być razem, prędzej czy później nasz związek by się rozpadł. Zresztą kiedy Tadeusz wracał do domu po kilkumiesięcznej nieobecności, wynagradzał mi rozłąkę z nawiązką. Był bardzo ciepłym i zgodnym człowiekiem. Poza tym, gdy przebywał w domu, przejmował na siebie wszystkie obowiązki – sprzątał, wykupował „kartki”, zaopatrywał lodówkę, gotował. Nikt tak nie smażył naleśników ani placków ziemniaczanych, ani nie gotował pierogów, jak Tadeusz. W naszym domu nigdy nie było konserw, paprykarza czy wołowiny po bolońsku, które serdecznie mu brzydły w czasie wypraw. Owszem, widziałam również minusy życia z himalaistą. Kiedy mąż wyjeżdżał, musiałam troszczyć się sama o życie codzienne, dom, starszą córkę (młodsza urodziła się kilka tygodni po śmierci Tadeusza). To mnie jednak zahartowało, nauczyło szybkiego, odpowiedzialnego podejmowania decyzji, co okazało się nieocenione, gdy zabrakło go na zawsze.
W.G.: W moim pokoleniu mężczyźni, którzy współdzielą z partnerkami obowiązki domowe, nie są wyjątkiem, chociaż wciąż jeszcze nie stanowią absolutnej normy. Jednak w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to był chyba jednak ewenement? Zwłaszcza w środowisku wspinaczy, podróżników, macho? Wydawałoby się, że tego typu mężczyźni po powrocie z wyprawy oczekiwaliby raczej, aby kobieta zachwycała się nimi i ich rozpieszczała, podstawiała wszystko pod nos, bo oni tacy dzielni, tak się natrudzili i teraz trzeba im to wynagrodzić… Czy tacy właśnie byli koledzy Tadeusza? Czy Twój mąż na ich tle stanowił wyjątkowy skarb? A może myślę stereotypowo?
D.P.: Absolutnie nie wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć. Gdybym wówczas przypuszczała, że ktoś mi je kiedyś zada, może poczyniłabym jakieś wnikliwsze obserwacje. Zarówno w warunkach domowych, jak też podczas podróży, często pokazujących wyraźniej charakter wzajemnych relacji, nie dostrzegłam zjawiska, o którym mówisz. Wszyscy nasi koledzy i ich żony traktowali się nawzajem „normalnie”. Nie zauważałam żadnego rozpieszczania ani nadmiernego emablowania, chyba że coś mi umknęło, że na coś nie zwróciłam uwagi. Nie interesowałam się cudzym życiem, nie uważałam, abym miała prawo je oceniać, mówić innym, w jaki sposób mieliby kreować własne związki, dzielić się codziennymi obowiązkami. Być może byli lub nadal są tacy himalaiści, o których mówisz, ale ja ich nie poznałam. Nie sądzę jednak, aby Tadeusz stanowił wyjątek.
W.G.: Nawet jeżeli Twój mąż w czasie pobytów w domu przejmował na siebie trudy codzienności, to jednak okresy, w których to robi i takie, w których musisz ze wszystkim radzić sobie sama, były dyktowane rytmem jego wypraw, a nie Twojej pracy inżyniera-chemika, też przecież ważnej, odpowiedzialnej, czasami na pewno stresującej. Po jego powrocie z wypraw razem pracowaliście nad przywiezionym przez Tadeusza materiałem zdjęciowym, ale to on prowadził prelekcje, zdobywał sławę i uznanie. Czy nie czułaś się trochę w cieniu męża? Czy rozmawialiście również o Twojej pracy, sprawach dla Ciebie ważnych? Czy mogłaś liczyć na tyle samo zrozumienia, wsparcia i zainteresowania, ile sama dawałaś?
D.P.: Praca zawodowa, którą wykonywaliśmy – ja pełnoetatowo, Tadeusz z przerwami na wyprawy, póki po tragedii na Lhotse nie stracił posady – była dla nas prozą życia, nie pasją, choć może tak być powinno. Inspirowały nas inne sprawy: życie rodzinne, spotkania z przyjaciółmi, wspólne książki oraz wspólne i osobne podróże…. Tadeusz był rosłym mężczyzną, Rosjanie mówili na niego „pałtora czieławieka”, ale jego cień był chyba mikroskopijny, bo nigdy nie starał się mnie przyćmić.
W.G.: A czy himalaista nadaje się na ojca? Co może zaoferować dzieciom zamiast stabilizacji? Zarazić je swoją niesamowitą pasją? Nauczyć je, jak być wolnym, realizować marzenia, przezwyciężać trudności? Czy może dzieci postrzegają ten problem w zupełnie innych kategoriach?
D.P.: Wiem, że w życiu dziecka ważna jest obecność obojga rodziców, wnoszenie przez nich różnorodnych wartości. Trudno przewidzieć, jakie wzorce czerpałyby nasze córki z pasji ojca. Żadna z nich się nie wspina, choć obie jeżdżą na nartach czy snowboardzie. Tylko wnuczka Gaja zadeklarowała, że „chce być górnikiem, jak dziadek”. Jej zdaniem, skoro dziadek chodził po górach, to był górnikiem. Z pewnością jednak Tadeusz nauczyłby dziewczynki realizować
marzenia, a przede wszystkim być otwartym na świat, ludzi, wiedzę i przygodę. Szczęśliwie udało mi się przekazać dzieciom właśnie takie wartości. Moja praca nad serią „In Memoriam” ma służyć między innymi zachowaniu i przekazaniu naszym córkom wiedzy o ich Ojcu, aby mogły zrozumieć pasję, której poświęcił wszystko, nawet własne życie, a także możliwość brania udziału w ich życiu, w kreowaniu go. Daję im w ten sposób szansę sięgnięcia do korzeni.
W.G.: Czy dziewczyny mają żal do ojca o to, że z własnej, nieprzymuszonej woli pojechał na niebezpieczną wyprawę i zginął? Do samych gór? Do losu? Do Boga?
D.P.: O to należy zapytać je same, nie chcę się za nie wypowiadać. Partycja, która miała czternaście lat, gdy zginął Tadeusz, uchyliła rąbka swojej rozpaczy w emocjonującym wierszu, zamieszczonym w „K2. 1986”. Hania w filmie „K2 – dotknąć nieba” nie zdradziła swoich przeżyć, które uświadomiła sobie, gdy do nich dorosła.
W.G.: A jakim ojcem był Tadeusz, gdy jeszcze żył? Co robił wspólnie z Patrycją?
D.P.: Jakim ojcem był Tadeusz? Z pewnością troskliwym i kochającym. Wspólnie z Patrycją chodzili na spacery, czytali książki, wyjeżdżali na letnie górskie wędrówki, a zimą na narty. Razem odrabiali lekcje i razem hodowali złote rybki. Patrycja była też jego ulubioną fotomodelką. Gdy była niemowlęciem, chętnie ją kąpał, mieściła się w jednej jego dłoni?
W.G.: Dina Sterbova w książce o kobiecym himalaizmie, Tęsknota i przeznaczenie, napisała, że wspinające się kobiety znacznie mocniej przeżywają rozstanie z dziećmi podczas wypraw od wspinających się mężczyzn, znacznie bardziej się boją, że je osierocą, a społeczeństwo jest dla nich o wiele mniej wyrozumiałe, niż dla ojców, którzy na zawsze pozostają w górach. Wiele najlepszych himalaistek, jak Wanda Rutkiewicz, Anna Czerwińska czy Gerlinde Kaltenbrunner, nie zdecydowało się na potomstwo, aby nie mieć podobnych dylematów. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
D.P.: Odnośnie spostrzeżeń Diny o kobiecych emocjach związanych z rodzicielstwem oraz o społecznym osądzie kobiet-himalaistek, całkowicie się zgadzam. Nie oznacza to jednak oczywiście, że dla mężczyzn ten problem w ogóle nie istnieje, nawet jeżeli przeżywają go słabiej czy może po prostu trochę inaczej, niż kobiety. Kiedy byłam w ciąży, a Tadeusz wyjechał na K2 – oczywiście, za moją zgodą, o którą lojalnie zapytał – rozmawiałam na ten temat z Wandą Rutkiewicz. Powiedziała wtedy coś, co głęboko zapadło mi w pamięć – że zazdrości Tadeuszowi tej mojej ciąży. Nie mnie, tylko właśnie jemu. Odebrałam to początkowo w ten sposób, jakby poczęcie dziecka stanowiło jego wyłączną decyzję i zasługę, jakbym ja w ogóle nie brała w tym udziału. Wanda jednak szybko dodała, że ich pasja jest bezwzględna, wymagająca największych wyrzeczeń. Ona świadomie zrezygnowała z macierzyństwa na korzyść gór, co wymagało nie lada odwagi i siły, co stanowiło dla niej wielkie poświęcenie. Tadeusz natomiast nie musiał rezygnować z rodzicielstwa. Zrozumiałam.
W.G.: Czy Twoim zdaniem w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy Twój mąż się wspinał, górskie środowisko było bardzo mizoginistyczne? Czy Wandzie Rutkiewicz lub innym utalentowanym kobietom było się trudniej przebić, niż facetom? Czy teraz jest inaczej?
D.P.: Wówczas z całą pewnością kobietom było trudniej wybić się i być najlepszą z najlepszych, pożądaną partnerką ekstremalnych przejść czy wypraw w męskim gronie. Andrzej Zawada, ustalając skład wypraw, miał do wyboru kwiat polskiego himalaizmu w ilościach przekraczających zapotrzebowanie. Kobieta stanowiła balast, gdy była słabsza lub konkurencję, gdy była silna, bo jej sukces wpisywał się w rankingach zwycięzców jako sukces kobiecy. Po osiągnięciu wysokiego poziomu wspinaczkowego kobieta przestawała być tylko towarzyszką mężczyzny, stawała się jego rywalką. Wanda zakosiła wejście na Mount Everest, zdobywając tę górę nie tylko jako pierwsza Polka i Europejka, ale też jako pierwszy Polak. Podobnie było z Gasherbrumem III czy K2. Himalaistki tamtych czasów umiały być twarde i zazwyczaj mogły radzić sobie bez męskiego wsparcia. Jednak nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że górskie środowisko było mizoginistyczne, że nienawidziło kobiet lub traktowało je tylko jak obiekty erotyczne. Panowie zawsze byli wrażliwi na kobiece wdzięki, o czym świadczą poczynania niektórych górskich herosów. Długie, postne rozstania sprzyjały zacieśnianiu więzi lub ich rozszerzaniu. Jestem zdania, że ewentualne konflikty wynikały raczej z konkurencyjności koleżanek niż uprzedzeń do nich.
W.G.: Dziękuję bardzo za rozmowę. Trochę mnie zaskoczyły niektóre Twoje odpowiedzi. Na podstawie lektur wyrobiłam sobie opinię, że konflikty międzypłciowe w środowisku górskim, zwłaszcza przed trzydziestu, czterdziestu laty, były znacznie większe. Spodziewałam się także, że osoba wybitna i nietuzinkowa nie będzie się sprawdzała w codziennym życiu, że trzeba wybrać pomiędzy partnerem fascynującym a ciepłym i solidnym, pomiędzy „cudnymi manowcami”, jak w piosence Stachury, a prostą, lecz nudną drogą… Jak się jednak okazuje, Ty nie musiałaś wybierać, Tadeusz z Twojej opowieści wydaje się człowiekiem uniwersalnym.
D.P.: Wychodzi trochę na to, że tym wywiadem piszę laurkę dla Tadeusza, a ani tego nie chcę, ani nie sądzę, aby on sobie tego życzył… Był zupełnie normalnym facetem, takim, jakich wielu. Tworzyliśmy normalny związek, z chwilami kryzysów i cichych dni, ale jakże miłe było godzenie się po nich. To nie była żadna gra, tylko zwyczajne życie.
W.G.: Zgadzam się, że takie serdeczne, partnerskie relacje, jakie zbudowaliście, powinny stanowić normę. Uważam jednak, na bazie własnych doświadczeń i obserwacji, że są rzadkością. Miałaś szczęście, że trafiłaś właśnie na Tadeusza, a on, że trafił właśnie na Ciebie i że przynajmniej przez te kilkanaście lat tworzyliście coś pięknego. Wielu ludzi przez całe życie nie spotyka swojej „drugiej połówki”, kogoś o podobnych pasjach, poglądach, wizji wzajemnych relacji.
D.P.: Życzę, abyś i Ty znalazła tę swoją drugą połówkę dopasowaną jak rękawiczka. Fajni faceci to wcale nie taka rzadkość.
Źródło: portalgorski.pl.
Dziękujemy Bartkowi Andrzejewskiemu, redaktorowi naczelnemu Portalu Górskiego, za udostępnienie wywiadu i zdjęcia Danuty Piotrowskiej.
Tadeusz Piotrowski (ur. 1940 r. w Kołkach na Wołyniu, zm. 10 lipca 1986 r. na zboczach szczytu K2 w Karakorum) – taternik, alpinista, himalaista, fotografik, autor książek i różnorodnych publikacji o tematyce wspinaczkowej. Wspinaczki w Tatrach rozpoczął w początku lat 1960., w czasie studiów na Politechnice Szczecińskiej. Należał do ścisłej polskiej czołówki alpinistycznej, a kilka z jego osiągnięć zapisało się na trwałe w historii alpinizmu światowego.(http://tadeuszpiotrowski.danutapiotrowska.pl/…)
Danuta Piotrowska, jego żona (fotograf, z wykształcenia chemik), poświęciła się tworzeniu albumów-reportaży, obejmujących dorobek fotograficzny i literacki Piotrowskiego. (http://danutapiotrowska.pl/)