Przypływy, odpływy – Nick Bullock

Seria: Literatura górska na świecie
Przekład: Anna Gołębiowska
ISBN druk: 978-83-7967-121-2
Ilość stron: 320
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Format: 161×236 mm
Rok wydania: 2025
Producent: Wydawnictwo Stapis Anna Pisarek, ul. Floriana 2a, 40-288 Katowice, biuro@stapis.com.pl, tel. 605 963 179

 

Większość ludzi nie ma jednej konkretnej pasji. Niektórzy mają ich kilka – czasem zbyt wiele, by którąś rozwinąć naprawdę głęboko. Ale prawdziwe sukcesy przychodzą zazwyczaj wtedy, gdy poświęcamy się jednej sprawie bez reszty. Oczywiście, zdarzają się wyjątki – ludzie ponadprzeciętni, którzy potrafią ogarnąć więcej. Nie jestem jednym z nich. Mam mnóstwo zainteresowań, ale brak tej jednej dominującej pasji sprawił, że w żadnym z nich nie osiągnąłem mistrzostwa. A Nick Bullock – TAK.
„Przypływy, odpływy” to nie tylko książka o wspinaniu. To zapis życia podporządkowanego jednej sile – górze, skale, ryzyku i samotności. To szczery, niekiedy brutalny obraz świata, w którym pasja staje się drogą, celem i ceną jednocześnie. Zdumiewająco piękne opisy przyrody nadają tej surowej narracji zaskakującą głębię i przestrzeń. Czyta się to z zapartym tchem – niezależnie od tego, czy kiedykolwiek miało się na sobie uprząż.

Stanisław Pisarek – wydawca

54.90 z VAT

Opis

NICK BULLOCK – ur. 24.12.1965 roku. Jeden z czołowych i najbardziej utytułowanych brytyjskich wspinaczy. Lwią część życia zawodowego przepracował jako funkcjonariusz i instruktor wychowania fizycznego w więzieniach, w tym również o zaostrzonym rygorze. Umiejętności wspinaczkowe szlifował w górach Szkocji i Walii, gdzie w świetnym stylu dokonał wielu przejść. Pokonał około pięćdziesięciu dróg w Alpach, często obierając za cel te najbardziej wymagające, rzadko powtarzane. Uczestniczył w dwudziestu trzech wyprawach w najwyższe góry świata z alpinistami takimi jak Jules Cartwright, Al Powell, Kenton Cool czy Andy Houseman. Jeśli akurat nie jest na wyprawie, rezyduje w Chamonix (zimą) albo mieszka w swoim vanie w północnej Walii (latem).

 

Fragment I
Wspinaczka po grani podniosła mnie na duchu. Czułem się zaszczycony tym, że mogłem być sam na tym dziewiczym terytorium. Czułem, że żyję. I żyłem, kontrolując sytuację. Ciepłe, żółte promienie ożywczego słońca migotały i od czasu do czasu dotykały mojego zziębniętego ciała. Stromy lód wznosił się pionowo ku niebu – groźna, niebezpieczna bariera u podstawy seraków. Szybko (jakby kilka minut mogło zrobić różnicę) dziabałem i kopałem wokół przeszkody, aż wspiąłem się na twardy jak stal, zielono-niebieski lód. W końcu wschodnia grań była moja. Tu niemal pomodliłem się do promieni słońca. Szczyt znajdował się nie dalej niż dwieście metrów stąd.

Fragment II
Z dzisiejszej perspektywy łatwo jest mi zrozumieć, dlaczego chciałem zostać alpinistą. Nawet teraz bohaterowie współczesnych hitów filmowych i ludzie, z którymi w jakiś sposób się utożsamiam, to nihiliści. Oczywiście rozumiem, że prawdziwy nihilizm to nic dobrego, ale szanuję błądzących,
niedoskonałych wrażliwców, którzy wydają się nienawidzić przeciętności i niesprawiedliwego, skorumpowanego systemu.

Fragment III
Stopa wyskoczyła z otworu, a głowa mi niemal eksplodowała. Napierając z całej siły barkiem o skałę, miałem nadzieję, że jakieś ekstratarcie utrzyma mnie w pozycji tak długo, aż sięgnę do czegoś solidnego. Walczyłem o życie i kopałem, aż złapałem za kawałek lodu z tyłu zacięcia. To wystarczyło. Prawie zwymiotowałem, gdy wciągnąłem się wreszcie na szczyt zaklinowanego bloku. Znalazłem się w wąskim, zaśnieżonym żlebie. Godzinę później sprawy wyglądały niemal tak samo poważnie. Euforia wywołana tym, że w ogóle przeżyłem „wgiełganie” się na blok, już minęła, a jej miejsce zajęła kontrolowana panika.